„Z życia wzięta” historia. Historia, jakich pewnie wiele.
„Mam na imię Barbara, niedawno skończyłam 40 lat i …chyba w końcu dojrzałam do rozwodu.
Z moim mężem Zenkiem poznaliśmy się w pierwszej pracy po studiach. Oboje byliśmy młodzi i bardzo ambitni. Dość szybko zamieszkaliśmy razem. Wszystko układało się bardzo dobrze. Ja zawsze byłam bardzo ambitna, dużo pracowałam, mój – wtedy jeszcze chłopak – trochę mniej, ale mi to nie przeszkadzało, bo on był taki…pomysłowy i zawsze wiedział jak mnie rozśmieszyć… Wtedy to było najważniejsze. Byliśmy młodzi, nie mieliśmy jeszcze dzieci ani kredytu. Niedługo potem mi się oświadczył. Co to były za oświadczyny, wszystkie koleżanki mi zazdrościły. No i sam ślub, piękny, romantyczny, wesele mieliśmy w hotelu nad jeziorem, żadna koleżanka nie miała takich zdjęć.
Byłam taka szczęśliwa, jak w końcu byliśmy małżeństwem. Dalej dużo pracowałam, awansowałam, szef bardzo mnie doceniał. Po ślubie nie chcieliśmy już wynajmować mieszkania i zdecydowaliśmy się wziąć kredyt i kupić mieszkania. Udało się nam dość szybko znaleźć coś fajnego w dobrej lokalizacji. Trochę pomogli finansowo moi rodzice, jego rodzice jakoś nie bardzo mogli nam pomóc. Znaczy w sumie to mogli, bo dla jego siostry to zawsze były pieniądze, ale ja nie chciałam prosić, wypominać, zresztą dobrze zarabiałam i jakoś sobie radziliśmy/ Dokumenty, dowody, formalności? Może i tak powinno się robić… W sumie jak teraz o tym myślę to moi rodzice dużo nam pomagali.
Ale wtedy w ogóle o tym nie myślałam, moi rodzice też polubili Zenka, kto by myślał o jakichś papierach czy formalnościach? Znowu dostałam awans, zarabiałam już sporo więcej niż mąż, ale przecież on tak się starał i wtedy jeszcze dbał o dom, kolacje przy świecach robił dla mnie. I tak mijały kolejne miesiące- dużo pracowałam, a mąż… jakby coraz mniej. Wtedy jeszcze mi to nie przeszkadzało. Mijały dalsze miesiące, chcieliśmy nadpłacić kredyt, aż pewnego dnia okazało się, że jestem w ciąży.
Cieszyliśmy się z tej wiadomości, ale… miałam wrażenie, że ja się bardziej cieszyłam niż on. Po urodzeniu dziecka oczywiście to ja zostałam z nim w domu. Mąż wracał taki zmęczony z pracy i nie bardzo chciał mi w czymkolwiek pomóc. Nie rozumiał, że mi też jest ciężko cały dzień z malutkim dzieckiem. Prawie wszystko przy dziecku musiałam robić ja. Myślałam, że to się zmieni, jak wrócę do pracy, ale… nawet jak wróciłam do pracy to i tak większość obowiązków związanych z domem i dzieckiem było na mojej głowie. Nie no, to nie jest tak, że on nic nie robił, coś tam robił, ale… o wszystko musiałam wiele razy prosić, on coraz więcej czasu spędzał na kanapie przed telewizorem, przytył, przestał dbać o siebie, kontakt fizyczny był coraz rzadszy…
Nie rozumiał, że potrzebuję aby było jak dawniej, kiedy jeszcze nie mieliśmy dziecka. Oczywiście, że dziecko było najważniejsze, ale… przecież byłam też ja. I ja pracowałam więcej niż mąż, mimo że większość obowiązków domowych było na mojej głowie. Po pracy on spotykał się z kolegami (bo musiał przecież mieć „swoje życie” i „nikt go nie rozumiał”) no ale ja też potrzebowałam mieć czas dla siebie. Na szczęście pomagała nam moja mama i opiekunka, ale czułam że mąż za mało czasu poświęca dziecku. Jego mama? Pomagała jego siostrze. Nie, nie prosiłam o pomoc, poza tym synek poszedł do przedszkola i było już trochę łatwiej.
Tak mijały kolejne lata. Nie było niby bardzo źle – nie stosował przecież przemocy i nie przegrywał pieniędzy w kasynie, ale dalej miałam poczucie, że dla niego liczy się mecz w telewizji i koledzy, zupełnie jak w czasach, gdy był kawalerem. Czy próbowałam z nim o tym porozmawiać? Tak, oczywiście. Ale on zupełnie nie rozumiał o co mi chodzi. No przecież faktycznie nie bił i się nie upijał… No ale to chyba za mało, aby być dobrym mężem i ojcem, prawda?
Od początku chciałam, aby syn miał dobry kontakt z ojcem, ale mąż jakoś nigdy nie miał czasu dla dziecka, a dziecko było coraz starsze i coraz więcej rozumiało. Znowu awansowałam, różnica zarobków była już spora. Było nas stać na różne rzeczy, ale mąż dalej uważał, że wakacje w Grecji są niepotrzebne i możemy pojechać jak co roku do Mielna. A ja przecież byłam jeszcze młoda i chciałam zobaczyć trochę świata i pokazać małemu trochę świata…
Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, oprócz zwykłych rozmów typu ‘kup chleb i coś do chleba” albo „zabierz w końcu kota do weterynarza” czy też „dlaczego jeszcze nie zamówiłeś wizyty hydraulika”. Wszystko było na mojej głowie… Czułam, że nie mogę na niego liczyć. Ważniejszy był mecz w tv i problemy jego kolegów. Zresztą prawie nigdy nie wychodziliśmy wspólnie. Przestał nawet dbać o siebie, a kiedyś tak się starał…Uważał, że wszystko jest w porządku, bo przecież pracuje i czasami odbierał dziecko z przedszkola (czasem robiła to moja mama, a czasem opiekunka).
Bolało mnie, jak widziałam, że inni ojcowie grali ze swoimi synami w piłkę i jeździli pod namiot, a mój mąż jakoś nie miał na to ochoty… No i koleżanki opowiadały w pracy, że mężowie zabierali je do restauracji i na koncerty. A Zenkowi wystarczał mecz w tv i jedzenie na wynos. Tak chyba nie powinno wyglądać dobre małżeństwo, prawda? Przecież byliśmy jeszcze młodzi. A ja chciałam być traktowana jak kobieta, a nie jak matka i kucharka.
Tak, mówiłam mu o tym. Pewnego dnia nawet wspomniałam o rozwodzie, ale on myślał, że ja tylko żartuję. W ogóle nie potraktował tego poważnie. Musiałam do tego dojrzeć, ale… tak już dłużej nie da się żyć.” Chyba już podjęłam decyzję. Tylko… co dalej? Co z naszym mieszkaniem i kredytem? No i co z dzieckiem? Jak mu powiemy o rozwodzie?
Wspólność ustawowa? Czyli co to znaczy? Ze odłożone i zarobione przez mnie pieniądze są wspólne? Ale jak to, skoro są na moim koncie?
Ze sąd nie podzieli kredytu? Czyli co z kredytem i z mieszkaniem?
Naprawdę musiałabym go jeszcze spłacać? Wartość według obecnych cen?
Tak, wynagrodzenie za pracę to majątek wspólny. I nie jest istotne, na jakim koncie się te pieniądze znajdują. Rozumiem, mało kto o tym myśli biorąc ślub.
Nie, sąd nie może „podzielić kredytu”.
Tak, niestety – trzeba liczyć się z opcją spłaty na rzecz byłego męża po rozwodzie.
Historia, jakich pewnie wiele. Co o tym sądzisz? Znasz taką „panią Basię?”
Chcesz opowiedzieć mi swoją historię? Napisz do mnie wiadomość!



